Codzienna walka o energię

27 Kwiecień 2012

O czym myślisz kiedy słyszysz hasło „odnawialna energia” ? O wzgórzu w słonecznej Hiszpanii pokrytym wiatrakami, o nie budzącej już takiego zachwytu betonowej zaporze na rzece, o błyszczących panelach słonecznych na dachu twojego sąsiada( z odrobiną zazdrości), a może o... spa...

Skoro mówimy o odnawianiu energii, to w myśl starej zasady najlepiej zacząć od siebie, prawda?

Oj czasami naprawdę mocno czuję, że muszę podładować sobie baterie, bo ile można zasuwać na kawie, którą bardzo lubię, ale Maciek cały czas suszy mi głowę, że jest niezdrowa, bo „ wypłukuje z organizmu cenne mikroelementy”. No może i wypłukuje, ale mimo to daje kopa. A taki kop czasami ratuje życie, gdy terminy gonią, naczelna z bardzo popularnego magazynu ekologicznego dzwoni kilka razy dziennie ( czasami przez znajomych, znajomych znajomych i znajomych królika) i przypomina: „ Pani Mrozowska, tydzień temu miał być gotowy felieton!” :-)

No i co ja bym bez takiej kawy zrobiła? Maciek mówi: „ 15 minutowa drzemka”. Baaaa, gdyby tylko ta drzemka chciała trwać 15 minut... Ja po kwadransie, mam ochotę na kolejny, a po nim na następny i czasami po dwóch godzinach pełna wyrzutów sumienia, że „ drzemka” przekształciła się w twardy sen, budzę się z odbitą na policzku poduszką i... idę sobie zrobić kawę, żeby przypomnieć sobie jak się nazywam, kim jest ten facet, który w mojej kuchni jedną ręką odpowiada na maile, drugą miesza w garnku, a nogą domyka drzwiczki od pralki i czy mam jedno dziecko, dwójkę, czy tuzin, bo natężenie hałasu, który dochodzi z drugiego pokoju jest takie, jak w podstawówce na przerwie.

Czasami robię sobie kawowy post, bo trochę przejmuję się tym , co mówi M., poza tym te skoki energii faktycznie nie trwają zbyt długo. Dwie godziny i zaczynasz marzyć o kolejnym kubku. Dlatego tłumacząc się sama przed sobą, że to dla mojego dobra i takie tam i raz na jakiś czas ( czytaj: raz na rok) wybieram się do jakiegoś spa, by odnowić sobie energię, na trochę dłużej.

Niby zawsze można powiedzieć, że taki na przykład masaż można zrobić sobie w domu. Nastrojowy wieczór, te sprawy, leżysz grzecznie na brzuszku, twój mężczyzna masuje ci plecki, a potem zmiana... Tylko jakoś to praktycznie nigdy nie dochodzi do skutku. A jak już nawet się zdarzy, bo bardzo ostentacyjnie narzekasz, że bolą cię plecy, to nigdy nie trwa dłużej niż 10 minut. Mniej niż ta cholerna drzemka!!!

W spa płacisz i nie musisz się bać, że dokładnie w momencie, w którym już zaczyna się robić tak bardzo, bardzo przyjemnie, że zapominasz o całym bożym świecie pada, jak amen w pacierzu: „ Już? Bo bolą mnie ręce!”

Kiedyś podczas wizyty u jednego masażysty, zapytałam z ciekawości ile godzin non stop jest w stanie masować. Odpowiedział, że po 6 godzinach musi mieć przerwę...Ooo? A nie po 10 minutach?

Innym razem mój mąż, widząc chyba, że ilość wypijanej przeze mnie kofeiny niebezpiecznie wzrasta, wziął sprawy w swoje ręce. Nie, nie zapisał się na kurs masażu, tylko znalazł dla mnie zabieg ajurwedyjski, który łącznie trwał 4 godziny!!! Najpierw 40 minut nacierano mi głowę, potem prawie 2 godziny oklepywano , uciskano i gnieciono całe ciało, a na koniec zaserwowano zabieg Shirodhara, czyli, jak przeczytałam w ulotce reklamującej, „głęboko odprężający masaż ciepłym olejem sezamowym na trzecie oko, zwane inaczej okiem mądrości lub wewnętrznym okiem, dzięki któremu poprawia się intuicja oraz zwiększa się świadomość własnego ja”. Oświecenia niestety nie przeżyłam, ale po tych 4 godzinach musiałam zadzwonić po Maćka, żeby po mnie przyjechał. Energetycznie, w skali 1-10, wzniosłam się na najwyższy możliwy level, ale z przetłuszczonymi włosami i lepka od oleju sezamowego, miałam opory, by wsiadać do taksówki lub autobusu.

Lubię autobusy oraz inne środki komunikacji miejskiej. Nie żartuję. No może nie w lipcu, gdy temperatura na zewnątrz dochodzi do plus 40 stopni w cieniu, a tobie akurat przyjdzie podróżować autobusem starego typu, gdzie „klimatyzację” stanowi uchylony lufcik na dachu, ale już taki „ niskopodłogowiec” to zupełnie inna bajka. Wtedy też można zaczerpnąć świeżej energii. Między innymi właśnie dlatego zaczęłam w ten sposób jeździć na moje zajęcia z jogi do centrum Warszawy. Przystanek mam pod blokiem, wycieczka trwa 25 minut w jedną stronę ( zawsze zabieram książkę, której w domu nie mam jak czytać), wysiadam na Nowym Świecie, dwa kroki i jestem na miejscu. Bez nerwowego stania w korkach, bez gorączkowego szukania miejsca do zaparkowania. Rozwijam matę i... ommmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm.

Tak właśnie wygląda walka o energię zapracowanej żony i matki dwójki dzieci. Spa to luksus, na który można sobie pozwolić nie częściej niż raz na 365 dni, ze względu na czas, który trzeba na to przeznaczyć, bo inaczej taka wizyta w ogóle nie ma sensu, masaż „ domowy” trwa z kolei za krótko, drzemka wywołuje nieprzyjemny efekt uboczny w postaci kaca moralnego, kawa wypłukuje magnez, a na jodze byłam ostatnio 3 tygodnie temu...

No i co ja mam zrobić? Przecież nie zamontuje sobie baterii słonecznej na plecach...

 

 

Kasze w kuchni

07 Grudzień 2011

 W okresie jesieni i zimy warto wzbogacić naszą dietę w zboża w postaci kasz, lub płatków. Zawierają one dużo błonnika, witamin z grupy B i krzem, który jest odpowiedzialny za przyswajanie innych minerałów. Kasze składają się z węglowodanów złożonych, które nie powodują skoku poziomu cukru we krwi. Nie trawią się tak szybko jak węglowodany proste, są dobrym gatunkowo „paliwem” które dostarcza energii przez dłuższy okres czasu.

Kasza gryczana: jest bardzo dobrym źródłem białka. Zawiera wszystkie aminokwasy egzogenne, czyli takie które muszą być dostarczane do organizmu z zewnątrz. Poprzez dużą zawartość rutyny wzmacnia naczynia krwionośne w tym te najdrobniejsze kapilary. Rutyna pomaga też przyswajać witaminę C. Kasza gryczana jest mało kaloryczna, zawiera wit. B1, B2, wapń, magnez, żelazo, fosfor i potas. Nie zawiera glutenu i można z niej zrobić mąkę z której z powodzeniem można przygotować naleśniki, makaron, czy bliny.

W medycynie naturalnej uważana jest za rozgrzewającą, co sam wiele razy zaobserwowałem jedząc ją zimą.

Kasza jaglana: jest silnie zasadotwórcza w przeciwieństwie do kawy, papierosów, alkoholu , mięsa i przetworzonej żywności, które są kwasotwórcze. W związku z tym większość z nas ma nadkwasotę i jeśli zaczniemy jeść kaszę jaglaną będziemy neutralizować zakwaszone środowisko organizmu.

Jaglanka przy okazji absorbuje toksyny i nadmiar wilgoci w ciele. Kiedy moje córeczki są przeziębione podaję im kaszę jaglaną, bo to pomaga im pozbyć się śluzu i kataru z organizmu.

Kasza jaglana zawiera wit. B1, B2, B3, A, lecytynę i minerały takie jak: wapń, żelazo, fosfor, potas i krzemionkę.

Krzemionka jest źródłem krzemu, którego większość z nas ma niedobory. Odsyłam do lektury książek pani Siemonowej, w których opisuje ona rolę i cudowne właściwości krzemu w organizmie. Autorka pisze między innymi, że krzem ma naturę nadprzewodnika i jest wykorzystywany przez organizm do komunikacji mózg-ciało. Jest on składnikiem wszystkich elastycznych części naszego ciała takich jak ścięgna, chrząstki itp. W momencie niedoboru krzemu wapń, który jest z tej samej rodziny tylko jest bardziej reaktywny, zastępuje jego miejsce. Nie jest on jednak w stanie stworzyć elastycznych tkanek. W takiej sytuacji stawy zaczynają nam „chrupać”, a jelita i żyły stają się kruche.

Kasza jaglana jest mdła w smaku i potrzebuje intensywnych w smaku dodatków tak, aby nam smakowała. Jednym z nich, często stosowanym w naszym domu, jest ghomasio - czyli sól sezamowa. Można ją w bardzo prosty sposób przygotować, wystarczy uprażyć na złocisty kolor na suchej patelni sezam z solą kamienną lub morską w proporcji 10 części sezamu i 1-2 części soli. Podczas prażenia mieszamy sezam, aby się nie przypalił, tylko jednolicie przyrumienił. Po około 5 minutach zdejmujemy patelnię z gazu, studzimy i przesypujemy zawartość do młynka do kawy. Mielimy na gruby proszek i używamy do posypywania kaszy.

Pozostałymi dodatkami do kaszy jaglanej mogą być: sos sojowy, sok z cytryny, masło, olej lniany.

Jaglankę gotujemy albo na sypko i wtedy przed zalaniem 1 części kaszy 2 częściami wody, prażymy ją na sucho w garnku(około3-4 minuty cały czas mieszając), lub gotujemy na kleik, czyli do kaszy dodajemy 3, lub więcej części wody na 1 część kaszy.

Kasza jęczmienna: ma właściwości orzeźwiające i dlatego najlepiej spożywać ją, kiedy nie jest jeszcze tak chłodno. Świetnie smakuje również na zimno (w sałatkach, do wypełnienia sushi itp.). Można stosować w gorączce i katarze siennym ( działanie ochładzające i do tego ściągające)

Kasza jęczmienna występuje w postaci: pęczaku, perłowej i łamanej. Najwięcej cennych składników zawiera pęczak, ale za to najdłużej się gotuje. Jęczmień zawiera: dużo fosforu, niacynę, potas,magnez, wapń, cynk, mangan, wit. z grupy B i kwas foliowy. Jest lekko strawny i stanowi dobry pokarm dla karmiących matek, ponieważ wspomaga laktację.

Owies: już dawno temu wierzono, że owies daje dużo siły i energii. Dostępny jest np. w postaci płatków owsianych ( najlepiej górskich). Zawiera: wapń, magnez, żelazo, fosfor, mangan, wit B5, kwas foliowy i krzem. Owies podobnie jak gryka silnie rozgrzewa, więc płatki najlepiej jeść zimą w formie owsianki na ciepło. Jest wysoko kaloryczny, więc poleca się go osobom z niedowagą, dla niejadków, dzieciom w okresie wzrostu i podczas wzmożonego wysiłku fizycznego.

Kasza orkiszowa: Orkisz jest starą odmianą pszenicy. Zawiera duże ilości białka, wzmacnia ciało i pomaga przy zmęczeniu. Poprzez zachowanie ziarna z nienaruszoną łupiną chroniącą przed zanieczyszczeniami ma mniejsze właściwości alergizujące niż pszenica. Orkisz ma wyższą wartość odżywczą i mniejszą zawartość glutenu niż pszenica. Kasza powstaje z łamanych ziaren orkiszu. Germanie wierzyli, że jest to pokarm dodający sił, a włoscy nowożeńcy dostawali potrawę z dodatkiem orkiszu, który miał im zapewnić płodność i obfitość. Dietę orkiszową polecała słynna niemiecka benedyktynka, wizjonerka i mistyczka – Hildegarda z Bingen. 

pozdrawiam Maciej

konsultacja dietetyczna - Emilia Lorenc
diagnosta laboratoryjny, biolog molekularny, doradca żywienia

Eko wybory

25 Listopad 2011

Co ma wspólnego polityka z ekologią? Nic, ale... sami możemy przyczynić się do tego, by te dwa pojęcia w końcu zaczęło coś łączyć.

Nigdy nie należałam do grona silnie wojujących ekologów. Nie w moim stylu przywiązywanie się do drzew i temu podobne akcje. Dlatego, gdy dostałam maila z mocno brzmiącym tytułem „ Greenpeace pilnie prosi o kontakt” włos mi się zjeżył na głowie, a plecy oblał zimny pot. Matko, ktoś pewnie przyłapał mnie na zakupach z jednorazową torebką, pomyślałam i niepewnie otworzyłam wiadomość. Jej treść wcale mnie nie uspokoiła: „ Nie możemy się do Pani dodzwonić, prosimy o telefon” i poniżej numer. Z bijącym sercem zadzwoniłam. Po drugiej stronie odezwała się pani o bardzo miłym głosie, co trochę mnie uspokoiło.

Okazało się, że o żaden publiczny lincz tutaj nie chodzi tylko... nagranie klipu. Ja w teledysku? Ale w jakiej roli, przepraszam. Śpiewanie zarzuciłam 3 lata temu, a tańczyłam zawsze tylko amatorsko.

Cały projekt miał dotyczyć odnawialnych źródeł energii. Chodziło w nim o to, by w kontekście zbliżających się wyborów zwrócić uwagę polityków na to, by poświęcili większą uwagę propagowaniu czystej energii pochodzącej z wody, słońca i biomasy. Pomysł super, ale w dalszym ciągu nie rozumiałam jaki to ma związek ze mną?

Miałam zatańczyć z Michałem Pirógiem. Tu wybuchnęłam śmiechem. Skąd Greenpeace ma informacje, że ja w ogóle mam jakiekolwiek wyczucie rytmu, o tańcu nie wspominając? Podzieliłam się moją refleksją z panią po drugiej stronie słuchawki, a ta od razu zaczęła mnie uspokajać, że chodzi o bardzo prosty układ, który będzie trwał maksymalnie kilka sekund, bo film ma być uzupełniony naszymi wypowiedziami dotyczącymi energii z czystych źródeł. Poprosiłam o godzinę do namysłu.

Po szybkiej konsultacji z Maćkiem ( moim mężem) doszłam do wniosku, że i temat jest ciekawy i forma przekazu niecodzienna i Michał też jest fajnym gościem, więc dlaczego nie. Dwa dni później spotkaliśmy się na zdjęciach.

Był piękny, słoneczny dzień. Rano zdążyłam wypić kubek pysznej, fairtradowej kawy i wziąć szybki prysznic. Na miejscu zdjęć czekało już na mnie śniadanie i gdybym wiedziała, co czeka mnie po nim, przeciągałabym je chyba możliwie jak najdłużej...

Nie wiem, czy stało się tak za sprawą mojego uczestnictwa w zajęciach tanecznych, które prowadził znajomy Michała, czy może tego, że niechcący robię wrażenie osoby sprawnej fizycznie, ale pan P. zaproponował choreografię, którą skomentowałam tylko krótkim: „ Chyba żartujesz?”

Kilka sekund „prostych ruchów”, o których wspominała miła pani w rozmowie telefonicznej okazało się pół minutowym wiciem się po podłodze, upadaniem i... podrzucaniem w powietrze.

Po kilku próbach już wiedziałam, że moje ciało przez wiele dni będzie pamiętać to urocze nagranie, bo na stopach, kolanach, biodrach, łokciach, barkach miałam piękne, fioletowe sińce.

Samą sekwencję tańca nagrywaliśmy 5 godzin ( z małymi przerwami). Potem nastąpiła długo przeze mnie wyczekiwana przerwa obiadowa, na którą co prawda ledwo się doczołgałam :-)

Czułam każdą komórkę w ciele, każde połączenie nerwowe, a moje spodnie i bluza w której „ tańczyłam” były całe mokre od potu. Wytrzymanie tego tempa pracy wymagało ode mnie nadludzkiego wysiłku, masy energii. I po co to wszytko? Bo nie miałam odwagi stamtąd uciec :-) i dlatego, że jestem niepoprawną optymistką. W trakcie tych zmagań z własnym ciałem dotarło do mnie, że to co właśnie robię jest niewspółmiernie trudniejsze od wysłania maila do wybranego polityka. Więc jeżeli ja jestem skłonna podjąć taki wysiłek, to przecież każdy, komu choć trochę zależy na ochronie naszego środowiska zdecyduje się na taki gest.

Poza zdecydowaną przewagą estetyczną wiatraków nad elektrowniami atomowymi energia produkowana w tych pierwszych jest przede wszystkim tańsza. Nie wspominając już o bezpieczeństwie. Choć zastanawiam się, czy kwestia bezpieczeństwa w ogóle polityków interesuje.

Gdy usłyszałam po ogłoszeniu weta w sprawie ustawy dotyczącej GMO argumentację pana prezydenta Komorowskiego, moja początkowa euforia dość szybko ustąpiła irytacji. Bo jeżeli najwyższy urzędnik państwowy deklaruje, że nie widzi przeciwwskazań w stosowaniu upraw genetycznie modyfikowanych, ponieważ nigdzie nie została udowodniona ich szkodliwość, to aż strach się bać, co się stanie jeżeli zostawimy panie i panów z Wiejskiej samopas.

Szoping

25 Listopad 2011

Doszłam do wniosku, że żyję na bardzo „nieekonomicznej” szerokości geograficznej, ale nie tylko ona jest winna całej sytuacji. Dodatkowych czynników jest bardzo dużo.

Pomimo wielokrotnych prób kupowania mniejszej ilości ubrań lub robienia tego w bardziej przemyślany sposób z przykrością muszę stwierdzić, że chyba nadal jestem w tym temacie zielona. I absolutnie przymiotnik „ ZIELONA” nic tutaj nie ma wspólnego z moimi proekologicznymi dążeniami. Niestety. Czasami pojawia się światełko w tunelu i myślę sobie wtedy: ” Ho, ho pani Mrozowska, ale pani sprytnie z tych dualizmów szopingowych wybrnęła”, ale za moment dopada mnie tzw. potrzeba chwili i wtedy termin „przemyślane zakupy” bierze w łeb.

Najbardziej obwiniam za to oczywiście wspomniane miejsce zamieszkania. Bo jak tu ograniczyć ilość kupowanych ciuchów, gdy latem temperatura w tym wyjątkowym miejscu na Ziemi dochodzi do plus 35 stopni Celcjusza, a zimą do -20? I tak w szafie przewalają się cienkie jak pergamin krótkie sukienki, bawełniane, miękkie bluzy, jeansowe spodnie, grube swetry, jeszcze grubsze skarpety i rajstopy, kamizelki, podkoszulki... W przedpokoju obok przeciwdeszczowej, wiosennej ortalionówki, wisi elegancki czarny płaszcz, snowboardowa kurtka i sztuczny kożuch. Na ziemi piętrzą się japonki, szmaciane espadryle, tenisówki, szpilki, botki, kozaki, adidasy... Oczywiście wymieniam tylko moje elementy garderoby. Wszystko należy przemnożyć przez minimum 4, czyli ilość członków mojej najbliższej rodziny. Wniosek? Przez przedpokój niedługo nie będzie można przejść.

Najbardziej wkurzające jest to, że w dalszym ciągu większość ciuchów, które trafiają do mojej szafy najprawdopodobniej nie powstaje w przyzwoitych dla wytwórców warunkach. Ciężko znaleźć wystrzałową wieczorową sukienkę wyprodukowaną z fairtraidowej bawełny... Oj ciężko. Kupując „małą czarną”, ładnie wyeksponowaną w sklepie i zapakowaną w elegancką papierową torebeczkę zachwycona zanoszę ją do domu. No właśnie nie jestem zachwycona... Bo gdzieś tam gryzie sumienie, czy przypadkiem śliczne, błyszczące cekiny nie zostały na nią naszyte przez jakieś małe chińskie rączki. Jestem z siebie taka dumna, gdy uda mi się znaleźć coś wyjątkowego w second handzie. Niestety najłatwiej jest z dziećmi. Im młodsze, tym lepiej... ubrane. Jagoda 80% ubrań ma z tzw. drugiej ręki. Część dostaje „w spadku” po starszych koleżankach. Nówki sztuki od wielkiego dzwonu. Najczęściej daję się ponieść, gdy mruga do mnie z wystawy wielki czerwony napis „WYPRZEDAŻ”. To takie hasło-wabik, które skutecznie przyciąga mnie do sklepu na początku stycznia oraz pół roku później. Wtedy wymyślam sobie, że brakuje mi tego czy tamtego, co nie zawsze jest zgodne z prawdą, ale jakoś ciężko mi z tej wyjątkowej, niepowtarzalnej okazji nie skorzystać. Choć już nie krążę jak kiedyś otumaniona, wśród półek zarzuconych różnej maści szmatkami. Skutecznie działa dokładne czytanie metek... 50% mniej wydrukowane wielkimi literami nad wejściem do sklepu nie musi pokrywać się z ceną na naszej wygrzebanej ze sterty podobnych ciuchów zdobyczy. Bo chyba 45 zł w stosunku do 49 to nie jest połowa ceny? Chyba, że od czasu mojej matematycznej edukacji coś się zmieniło. W lumpeksie przynajmniej wiem za co płacę. 54 zł za kilogram i wszystko jasne ;-) Czarna sukienka w białe groszki-8, 5zł, fioletowa do kostek ( robiła furorę na ślubie mojej przyjaciółki)- 23 zł, bo miała dużo falbanek i niebieska w kolorową panterkę- niecałe 7 zł. Trzy hity, które nie kosztowały więcej niż jeden t-shirt z sieciówki...Jest jeszcze jeden szkopuł. Te sukienki w dalszym ciągu wyglądają tak samo, jak w momencie gdy je kupowałam. W ogóle się nie niszczą! Kombinezon z popularnego sklepu na 4 litery po dwóch praniach nadaje się już tylko na działkę. Apropos działki. To kolejny sposób na skuteczne ograniczenie garderoby. W mieście zawsze czuję lekką presję estetycznego i możliwie oryginalnego wyglądu. Na działce jest prościej. Dresik rządzi. Wstajesz rano i dylemat pod tytułem „co mam dziś na siebie nałożyć” nie istnieje! Do szarych lub czarnych spodni dresowych pasuje wszystko. Nawet góra od kostiumu kąpielowego.

Zaprowadzenie ładu w ubraniach, które już znalazły się w moim posiadaniu nie jest proste. Przeprowadzane raz na pół roku „selekcje”, które pozwalają mi się pozbyć przynajmniej części niepotrzebnych rzeczy trochę ratują sytuację, ale na ich miejscu pojawiają się kolejne przyniesione z „używek” lub te, które kupuję otumaniona obniżkową gorączką. Na skuteczne pozbycie się problemu jeszcze nie znalazłam lekarstwa. Lubię miasto, więc nie przeprowadzę się na wieś, by przez okrągły rok biegać w gumiakach i bluzie z kapturem. Choć znając mojego męża, on byłby tym zachwycony... Hmmm, same kaloszki i bluza ?...